sobota, 27 października 2012

Gymkhana, sport przyjaźni


Sport jest dziedziną działalności ludzkiej, która w samej swojej istocie podszyta jest pewnym esencjalnym smutkiem. Ceną radości jednego zwycięzcy jest zawsze żal wielu pokonanych. "Jeden wygrywa, czterdziestu dwóch przegrywa", jak to mówił Zygzak McQueen, grzejąc silnik do startu na torze. Rywalizacja w sporcie nie jest zatem nawet "grą o sumie zerowej"- gdzie strata jednego jest niezbędna dla zysku drugiego; ta suma jest ujemna...

Może dzięki temu że nie igra się tu ze śmiercią, Gymkhana przyciąga ludzi o mniej wojowniczej postawie i pewnej wspólnej wrażliwości. Spotykają się na ogólnopolskich zawodach, takich jak cykl organizowany przez Hondę, i mimo że technicznie są konkurencją, powstaje między nimi sztama, porozumienie i przyjaźnie, które są kluczowym elementem wspaniałej atmosfery tych zawodów. Motocykliści reprezentujący współzawodniczące między sobą kluby i miasta rywalizują na torze, ale tuż poza płotkiem kumplują się i wspierają. Kiedy ekipa GymkhanaPoland.pl, której jestem supporterem/reporterem, zorganizowała imprezę u nas w Szczecinie, zawodnicy z Krakowa, Warszawy, Gdańska i Wrocławia nocowali u nas, zapewniliśmy im zwiedzanie i zabawę. Tak samo oni zatroszczyli się o przyjezdnych w czasie rund rozgrywanych w ich miastach.

Rufi, Oscar, Mikrofon. III runda, Wrocław

 Na fotce powyżej, magiczny moment: na trzeciej rundzie Honda Gymkhana, we Wrocławiu, Oscar po pierwszym przejeździe tracił do Rufiego tylko 17 setnych sekundy, a Rufi, który dopiero drugi raz w życiu startował w zawodach, był trzeci. Przed nimi dwoma, pretendującymi do podium, już tylko najwięksi wymiatacze, Terminator i Beniamin. W drugiej serii przejazdów Oscar miał pecha - zaatakowała go zapiaszczona nieco kostka brukowa... Tor był krótki, parę sekund na pozbieranie się wyrzuciło go nie tylko z pierwszej dziesiątki, ale i pozbawiło szans na punktowane miejsce i udział w wyścigu o Puchar Prezesa... A Rufi "Czarny Koń" zaskoczył wszystkich - nie tylko zdobył drugie miejsce ale i właśnie rzeczony puchar. Na fotce Oscar, mimo że przegrał na własnym podwórku, cieszy się ze spektakularnego sukcesu Rufiego i niespodzianki jaką zrobił wszystkim.


Oscar, Mikrofon i Rufi, runda finałowa. Fot. Lila


Trzy tygodnie później Oscar poszedł jak burza i zdobył wicemistrzostwo na rundzie finałowej. Co więcej, w Pucharze Prezesa zmierzył się z Terminatorem i prawie go doszedł - tracąc tylko 0,26 sek!!! Co za wynik! Dwaj zawodnicy ze Szczecina, Mikrofon i Rufi, także ostrzyli sobie zęby na podium. Rufi chciał sprawić się równie dobrze jak we Wrocławiu, a Mikrofon wszak wrócił z drugiej rundy rozegranej w Radomiu z pucharem za trzecie miejsce. Imponujący wynik Oscara odebrał im szansę na znalezienie się w pierwszej trójce, a mimo to szczerze się cieszą z jego sukcesu.  Radość z osiągnięcia rywala okazała się większa niż smutek z własnego niepowodzenia. Może jednak suma tej gry nie jest wcale taka zerowo-ujemna...?

Zachar (team Wrocław) przybija piątkę z Rufim

Oscar, Adaśko, Dziki, Rufi, Jakub Rymkiewicz. III runda, Wrocław


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza